A na Malcie…

Malta

Jedni pieją z zachwytu, niczym te piejokurypiejo. Inni – wręcz przeciwnie. Malta jest nieco trudna do zdefiniowania, i otwiera się, a raczej, odsłania, niczym przysłowiowa cebulka. Warstwa po warstwie. Nie rzymskim katolikom, bezwyznaniowcom, czy ludziom o innej denominacji religijnej, niezwykle trudno zaakceptować manifestacyjną katolickość maltańską. Po dwóch dniach jednak można się uodpornić (bo nie ma tu nic z typowej polskiej fasadowości ani tym bardziej bigoterii, czy fanatyzmu).

No i w końcu następuje moment, w którym można dać się wciągnąć w rytm miejsca, a brwi same się unoszą. I to nie z dezaprobaty. Mimo, że przecież to nie Rabat marokański, ani nie Latakija, czy Port Said, to jednak reminiscencje z dzieciństwa za każdym razem pchają mi się tu aż nadto nachalnie.

Zwiedzanie?

Bardzo specyficzne. Dla jednych będzie to oddech innym światem. Bo tu „zderza” się Europa z arabską Afryką. Inni będą szukali śladów Joannitów, czy Osmanów… w tle gdzieś pobrzmiewa „Rule Britannia” i Napoleon ze swoim zwyczajowym bandytyzmem i okrucieństwem kolonialnym.

Wielbiciele baroku będą zachwyceni, zaś gotyccy będą musieli zacisnąć zęby. Toteż ja za pierwszym razem dostałam niemal szczękościsku 😉 No i – TU NIE MA CEGŁY! Więc to szczególne miejsce dla mnie, swego rodzaju curiosum. (NB. Edynburg też nie ma cegły, no ale… Edynburg to Edynburg). Bo jednak można zakochać się w „nie-cegle”…

Kościoły.

Jest ich na Malcie i Gozo zdaje się około, czy nawet ponad 300. A że z reguły są depozytariuszami historii i sztuki – to po prostu trzeba odbyć swoisty rajd po świątyniach. Oczywiście najważniejsza – jest Katedra Św. Jana w Vallettcie (konkatedra dla ścisłości). Podczas pierwszej wizyty – mnie nie zachwyciła (ale już druga wizyta na Malcie nieco pogodziła mnie z barokiem. Bo to tak jak z mrówkami faraona, nie da się wytępić, trzeba zaakceptować). Ta świątynia to kwintesencja czegoś, co można spokojnie nazwać barokiem „maltańskim”, takim, że (jak to mówią) oko wykol. Sam wystrój – wprost rani oczy. Szczycą się tam za to dwoma dziełami Caravaggia. I to stanowi magnes i tajemnicę kolejki do wejścia. Za twórczością Caravaggia nie przepadam. Ale dzięki Fundacji Art Transfer, przynajmniej go zrozumiałam i jako tako nauczyłam się go „czytać”. Ale, za to jego życie jest ciekawą historią godną filmu, i to sensacyjnego. Stanęłam więc karnie w kolejce do Oratorium. Nie tyle, by zerknąć (dosłownie, bo za nami w kolejce, czekali już inni) na „Ścięcie Św. Jana Chrzciciela”, co – aby choć przez chwilę móc spojrzeć na „Św. Hieronima”. Na szczęście jest bliżej, więc przepchałam się do przodu i mogłam przez moment podziwiać detale obrazu. I gdybym miała wybierać, to właśnie Św. Hieronim do Caravaggia przekonuje. Warto też oglądnąć krótki (bodaj 10 minutowy) film o maltańskim czasie artysty. Znakomicie zagrana główna rola, i oddany klimat czasu. No i koniecznie trzeba obejrzeć animację – opowieść o obrazie.

I tu dygresja! Gdańska dygresja, niestety gorzka… dygresje gdańskie niestety są ostatnio wyłącznie gorzkie.

Moim marzeniem jest by wreszcie zarządzający (to jakaś dyrekcja, wedle nomenklatury)Muzeum Narodowym w Gdańsku poszli po rozum do głowy i wzięli przykład z katedry w Vallettcie. I żeby przyjechali nauczyć się JAK wspaniale można opowiedzieć obraz! Wprawdzie nie tworzy się kolekcji na jednym obrazie, ale skoro już mamy tego Memlinga – to trzebaby go wreszcie nie tylko odpowiednio oświetlić, ale też „otworzyć” tak jak to zrobiono z obrazem „Ścięcie Św. Jana” na Malcie.

Oczywiście Malta również doświadczyła „wizyty” słynnego europejskiego bandyty – Napoleona. Inwazja była „częścią śródziemnomorskiej kampanii francuskich wojen okresu rewolucji”. Ciekawe, czy wśród jego żołdaków byli także Polacy. Jak zwykle bardzo ochoczo walczący „za wolność”… Tylko czyją? Wyparcie Francuzów nastąpiło w roku 1800. I wtedy archipelag trafił z deszczu pod rynnę. Anglicy wpadli tutaj z przyjacielską pomocą, zatrzymując się tutaj na 164 lata… W kontekście brytyjskim – warto przeczytać opis pomnika na Placu Św. Jerzego w Vallettcie. Pomnik poświęcony jest rewolucji z 1919 roku (właśnie przeciw rządom brytyjskim). Podniesiono ceny chleba, więc ludzie wyszli na ulice. Przedstawiciele tzw. imperium brytyjskiego zatem otworzyli ogień. Do bezbronnych oczywiście. Od razu mi się przypomniał pręgierz w naszym domu na Apapie. Pochodził właśnie z czasów „szczęśliwości” Imperium Brytyjskiego.

Malta – to dla niektórych może nie być miłość od pierwszego wejrzenia, ale miłość dojrzewająca „niczym owoce południa”. I także, zdecydowanie, uzależnienie. Nie napiszę o klifach czy przyrodzie, bo wychowanej w Afryce – niewiele mi imponuje. Ale tak, na pewno może się podobać i robić wrażenie.

To, co może zainteresować Polaków, tak zmęczonych rodzimymi, a obrzydliwymi, brudami politycznymi, to fakt, że i Malta także nie jest wolna od ścierania się wpływów politycznych i mafijnych (bo przecież są ściśle ze sobą powiązane), społecznych, finansowych… I tak myśląc o niedalekiej Sycylii, w zadumie patrzyłam na zdjęcie młodej dziennikarki, zamordowanej w 2017, nieopodal swojego domu. Jej zdjęcie wciąż widnieje na pomniku vis a vis gmachu Sądu Najwyższego. Daphne Caurana Galizia swoimi śledztwami dziennikarskimi doprowadziła do przedterminowych wyborów parlamentarnych na Malcie. Nad Wisłą wszystko zostałoby tradycyjnie zamiecione pod dywan, który to dywan jest niezwykle gruby i obszerny, a pod jego splotami niejedna afera zaległa, zalega i zalegnie w przyszłości. Maltańska dziennikarka i jej działania wywołały spore zamieszanie wśród nie tylko elit. „Mówi się” (głosy adwersarzy) że nie przeprosiła za oskarżenia, a te ponoć nie zawsze były słuszne. Zwolennicy twierdzą że nie przeprosiła, bo i nie było za co. A dowodem na to, że „coś było na rzeczy” jest to, że przecież zginęła. Ale zamach na dziennikarkę z kolei doprowadził do dymisji premiera w 2020 roku.

Malta z jej położeniem na trasie handlu, czy szmuglu towarów wszelkich (z czego narkotyki nie są wcale najważniejsze), czynią ją wciąż Wyspą (wyspami) Pożądania. Nawet o maleńką wulkaniczną wysepkę nieopodal, która na szczęście sama zniknęła w morzu (tak nagle, jak się pojawiła, w wyniku erupcji wulkanu podwodnego) – toczyły się spory (na szczęście tylko dyplomatyczne).

Od wieków ścierały się tu różne interesy: a to Fenicjanie, Kartagina, Rzym, czy potem Osmanie, czy bandyta Napoleon, Anglicy ze swoim „Rule Britannia”… a także II wojna światowa. Historia drugowojenna Malty jest interesująca i bardzo tragiczna. Wciąż na budynkach można znaleźć ślady po ostrzałach. Jako, że to tutaj mieściło się brytyjskie centrum dowodzenia, Malta była bombardowana niezwykle intensywnie bombardowana; a słynny nalot na Maltę trwał przez 154 dni i nocy. To właśnie wtedy król Anglii nadał wyspie i mieszkańcom Krzyż Św. Jerzego. Żeby zrozumieć ten „kawałek” historii Malty koniecznie trzeba odwiedzić Casa Rocca Piccolo.

Bardzo polecam odwiedziny w pałacu (Casa Rocca Piccola. W linku podaję odnośnik do angielskiej Wikipedii, bo polska wersja – jak zwykle – trąci malizną.) Zwiedzałam sama, bo akurat tego dnia w czasie, który miałam wolny na zwiedzanie, wszyscy przewodnicy byli zajęci. Warto zwiedzić wnętrza (w jednym z pokoi znajdziemy nasz Bolesławiec). A TUTAJ więcej informacji zarówno o rodzinie, jak i pokojach do wynajęcia. Bo to nie tylko pałacowe wnętrza – udostępnione do zwiedzania, ale także modne obecnie B&B.

Oczywiście w Valettcie niemal na każdym kroku „potkniemy” się o Jana de la Vallette. To niezmiernie ciekawy rozdział historii tego miejsca na mapie. Zwłaszcza dla „krzyżakologów”, choćby dla swoistego zderzenia historii i wpływów dwóch potężnych zakonów. Koniecznie warto odwiedzić Pałac Inkwizytora, by poznać historię nieudanego buntu niewolników… A przy sposobności spaceru po Dolnych Ogrodach Barakka ujrzymy blok, stojący w miejscu po więzieniu niewolników. O niewolnictwie na Malcie TUTAJ (w języku angielskim).

Znakomitym sposobem zapoznania się z historią Malty – w pigułce oczywiście – jest obejrzenie „The Malta Experience”. Kto nie zna angielskiego – na kanale 16 w słuchawkach jest wersja Polska. Angielska wersja jest lepsza 😉 

Zatem – Malta…

W Europie, ale nieco poza nią, w Unii Europejskiej, ale dość specyficznie. Przez to, że statek na którym płynął św. Paweł (polecam zwiedzenie Katakumb Św. Pawła i Św. Agaty) rozbił się u wybrzeża Malty, państwo jest silnie katolickie. Ale jednocześnie Malta była pierwszym krajem europejskim, który zalegalizował THC. A więc osoby dorosłe mogą posiadać do 7 gramów, ale uwaga! palenie w miejscach publicznych jest zabronione.

Malta leży między Europą a arabską Afryką. Z silnymi wpływami włoskimi. Widać to na każdym kroku. To typowa mieszanka wpływów, kultur, cywilizacji, karnacji i języków. Niestety w klimatyczną i specyficznie urokliwą architekturę maltańską wkraczają developerzy. I wygląda to koszmarnie. Jeszcze gorzej niż w Gdańsku. Czyli jednak można gorzej… Miasta maltańskie zamieniają się w pustynie blokowisk. 

Czy warto tu przyjechać? Warto. A nawet bardzo warto.

Nie można się w Malcie nie zakochać. Jak pisałam może to nie być miłość od pierwszego wejrzenia. To powolnie wzrastająca fascynacja i trochę uzależnienie. Dla mnie – takie trochę dalekie echo dzieciństwa. I trzeba zadać sobie trud, by wsłuchać się w gwar ulicy, wchłonąć zapach kawy, i oczywiście morza. I to nie jest wcale truizm. Warto tu przyjechać właśnie choćby dla klimatu tych ulic, które pozostają jeszcze nie tknięte obskurnymi wysokościowcami. I trzeba się spieszyć. Bo niedługo znikną domy z gallarijami. Pozostanie rzeka turystów płynąca nieprzerwanie.

I pozostanie wspomnienie dorocznej daniny z sokoła maltańskiego, jaką składali joannici władcom Sycylii. Sokół był oczywiście szczerozłoty, wysadzany drogimi kamieniami. Tę historię też tu poznamy. Pod warunkiem, że znajdziemy miejsce na tyle ciche, żeby ją usłyszeć w turystycznym zgiełku.

To jeszcze nie koniec refleksji maltańskich…

Bowiem istnieje coś, co natychmiast kradnie serce – i wprawia w absolutny zachwyt. To świątynie megalityczne. Wszystkie robią niesłychane wrażenie. Otoczenie (zwłaszcza kompleksu Ħaġar Qim) wprawia w zadumę, a stwierdzenie, że zachwyt odbiera mowę – jest bardzo odpowiednie.

Podobne uczucie niemego zachwytu towarzyszyło mi w Domus Romana, w Rabacie (a dokładniej – dosłownie na granicy Mdiny i Rabatu). I tu dygresja: nie lubię starożytnego Rzymu. No nie lubię i już. Ale wyłącznie w Rzymie tego Rzymu nie trawię. I żeby nie było – Rzym, jako miasto nawet „obleci”. To tędy z reguły wracałam do domu na Point Road. Oczywiście wolałam wracać przez Amsterdam, czy nawet Zurich, ale w Rzymie Ojciec miał znajomych na lotnisku i wiadomo było, że bezpiecznie dotrę do domu.

Zatem – mimo niechęci do wszelkich starożytności, z ogromną chęcią wpadłam do Domu Rzymskiego podczas przerwy w zwiedzaniu Mdiny i Rabatu. Wpadłam do Domu i wpadłam w zachwyt. Stan zachowania mozaiki może faktycznie nie jest najlepszy ale sam fakt że to czas równoległy do tych pompejańskich robi wrażenie. Muzeum nie jest duże, ale ilość artefaktów i ich opisanie zachwyca. A ponieważ moja pierwsza wizyta była króciutka, to – Dom Rzymski muszę ponownie odwiedzić przy najbliższej okazji.

Polecam też Muzeum Archeologiczne w La Valettcie. Ma znakomicie zaaranżowaną narrację wiodącą poprzez historię archeologiczną Malty. Opisy są wystarczająco informacyjne. No i przede wszystkim – jest słynna Śpiąca Kobieta! Długo stałam w zachwycie, bo zawsze marzyłam, żeby zobaczyć tę malutką figurkę o apetycznych krągłościach.

I tak można długo… Bo atrakcji do zwiedzania jest sporo. Łasuchy też znajdą coś dla siebie, ja jednak twardo trzymałam się burgerów…

Na deser trochę ZDJĘĆ.

Bo trzeba Malcie przyznać, że jest bardzo fotogeniczna 😉