FB uparcie pytał mnie dziś, co słychać…
No to melduję, że moje Motyle Pielgrzymkowe są w drodze za Wielką Kałużę.
W ja, po kolejnym pilotażu (tu akurat non stop) wybrałam się w podróż do domu. I tu, znów (chyba powinnam użyć słowa „tradycyjnie”) z przygodami.
W moim przypadku to już zakrawa na jakąś specyficzną normę😆.
W Krakowie radośnie zajęłam swoje miejsce w Pendolino, ciesząc się na podróż do domu. Przy sposobności – bardzo doceniłam brak Szopenowskiego pitolenia w głośnikach.👍
Odpaliłam sobie Czechostację w słuchawkach, jednocześnie wyrażając nadzieję (w korespondencji z Rodziną) że nie będzie przygód, i że pociąg zaraz ruszy.
No, nie ruszył…
Po długiej chwili, kiedy pociąg wciąż stał przy peronie, aksamitny głos z głośników nakazał zabrać lary i penaty, i wysiąść.
Powodem okazała się jakaś awaria, jakiegoś zaworu. Zdarza się. W końcu mamy wiek XXI.
Miły głos zakomunikował, że w ciągu 15 minut zostanie podstawiony skład zastępczy.
Kotłujący się tłum z tobołami, niczym podczas ewakuacji, wylał się na peron. Jedni klęli, inni cholerowali a jeszcze inni stali spokojnie. Bo to przecież (bez względu na poziom frustracji) siła wyższa. W końcu – „no co zrobisz, jak nic nie zrobisz”.
Faktycznie, po pewnym (😉) czasie podjechał skład zastępczy.
Bardzo zastępczy😆.
Wagony przedziałowe. Takie z półkami na bagaże, na których to półkach mieści się tylko co-nieco, i niekoniecznie duże. A jeśli koniecznie duże to tylko dwie sztuki. Tylko dwie. Zatem, reszta tobołów zaległa na podłodze, służąc za podnóżki.
Atmosfera w przedziałach szybko stała się familijna. Przypominała nieco tę w autobusach PKS relacji Rabka-Nowy Targ, czy tę w pociągach do Abeokuty w latach 60. Brakowało tylko kóz na postronku, kur w klatkach, i gęsi w koszu 😆
W atmosferze niemal piknikowej dojechaliśmy do Warszawy Wschodniej, gdzie znów nakazano wszystkim zebrać swoje manatki i ponownie się przesiąść – tym razem do podstawionego pendolino. 😆
I tu również (z radością) warto odnotować ponowny brak Szopenowskiego 👍
Różnojęzyczna gromada ewakuacyjna w różnym wieku, z ulgą zajęła swoje przypisane miejsca w (miejmy nadzieję) docelowym pociągu.
I tak, wśród uroczych przeprosin ze strony (jak zwykle) spóźnionych kolei (to taki polski standard), zamiast około 15:00, będziemy w Gdańsku około 17:00🤷♀️
A było jechać tym pociągiem o 8:00, ale po ostatnich pobudkach, i kolejnym pilotażu – nie chciało mi się wcześniej wstawać 😆
Ale, ale… już za momencik, już za chwileczkę – będę jechać pociągiem do Pragi. Ciekawe, jakie przygody czekają mnie tym razem 😉
(Niestety Szopenowski wybrzmiał na postoju w Iławie. Zatem moja radość z jego braku była przedwczesna).
