Las Bogów – Balys Sruoga

Do tej książki wracam od paru lat. Jest świetna. I warta powrotów.

Balys Sruoga był litewskim poetą, ale też profesorem Uniwersytetu w Kownie. Dostał się do Stutthofu w roku 1943. Przeżył. Niestety nie dane mu było długo się nacieszyć wolnością, bo zmarł w Wilnie 2 lata po zakończeniu wojny. Teraz, kiedy będę w Wilnie – muszę odwiedzić Ulicę Literatów. Bo tam pan profesor jest upamiętniony.  N.B. wreszcie mam powód, żeby odwiedzić Wilno i cmentarz na Rossie, bo tam został pochowany.

Przeżycia obozowe spisywał autor w sanatorium, dokąd trafił po powrocie na Litwę. I nie był to radosny powrót, bowiem nie spotkał ani żony, ani córki. Te bowiem uciekły na Zachód, unikając zsyłki na Sybir. Sam im zresztą radził, by uciekły i nie wracały. Czas był okrutny. Więc nie wróciły.

Kiedy wspomnienia zostały napisane i przygotowane do druku, nikt ich wydać nie chciał, bo wiadomo – reżim inaczej wyobrażał sobie (wszystkie reżimy zawsze mają inne, swoje, jedynie słuszne wyobrażenie) opisanie gehenny obozu.

A co takiego było / jest w tych wspomnieniach, że tak drażniło cenzurę?

Otóż: kpina. Gorzka ironia. Do tego intelektualna.

Intelektualna kpina z zastanej rzeczywistości, w której należało się jakoś zmieścić. Zmieścić i jeszcze ją jakoś przeżyć. Opis dni, tygodni i miesięcy spędzonych w piekle odbiega od wszystkich innych, jakie wpadają dzisiaj w ręce. Jedne opisy są bardziej, inne mniej łzawe, jedne bardziej, inne mniej miarodajne. Nie nam oceniać, nie naszym (na szczęście) udziałem był koszmar wojenny. Każdy z piszących ma swoją, „najswojszą” rację, i to zupełnie zrozumiałe. Toteż głębokim nietaktem jest recenzować, ba oceniać książkę po swoich przeżyciach, czy oczekiwaniach. A tu mamy taki przypadek. Niestety, czytając książkę, natkną się Państwo na autorytatywny, a niesprawiedliwy i „siebie-budujący” wstęp Tadeusza Płużańskiego. Jak to jednak wypadałoby wszędzie zachowywać się, jak należy. A przede wszystkim – wypadałoby zachować pokorę ( i takt) wobec przeżyć innych.

A więc – rada, jeśli Państwo zajrzycie do książki, radzę ominąć wpis T. Płużańskiego, który nie wiedzieć dlaczego jest na wstępie, ale za to polecam daleko taktowniejszy, i wyważony ( a także merytoryczny) wpis Pana Andrzeja Kasperka, który dla odmiany  zamieszczony jest (niestety) na końcu książki.

A jeśli już zajrzycie Państwo do tej świetnej książki, warto mieć pod ręką też książkę Victora Frankla: „Człowiek w poszukiwaniu sensu”. Pisana przez psychiatrę, psychoterapeutę (który także przeżył obóz koncentracyjny), może być doskonałym remedium na tzw. doła, kiedy wydaje nam się, że niżej, pod nami, tam już nic nie ma…

Te dwie książki na jesień? Otóż tak. Na jesień, na zimę, wiosnę i na lato.  Na zawsze.

Żeby docenić, gdzie jesteśmy, co mamy, i jakimi (obiektywnie) jesteśmy szczęściarzami, bez względu na wszystko.

1 Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s